Praca z dziećmi ma wiele zalet, a jedną z nich jest na pewno to, że młodzi uczniowie potrafią być bezlitośnie szczerzy. Jeśli coś jest nudne, powiedzą to bez owijania w bawełnę. Jeśli coś je zaciekawi, będą chciały robić to jeszcze raz. I właśnie dzięki temu moje ulubione zabawy muzyczne nie są z podręczników czy kursów. Powstały całkowicie przez przypadek.
Prowadząc indywidualne lekcje gry na gitarze i ukulele, przekonałam się, że dzieci uczą się najlepiej wtedy, gdy czują, że mają wpływ na przebieg zajęć. Nie wszystko musi wyglądać jak szkolna lekcja. Czasem wystarczy kostka do gry, kartka papieru albo jeden prosty akord, żeby wydarzyło się coś naprawdę fajnego.
Dlaczego warto uczyć przez gry i działania?
Dzieci naprawdę szybko się nudzą. Zwłaszcza te młodsze, dla których 45 minut lekcji potrafi ciągnąć się jak mordoklejka. Dobrze dobrana zabawa nie jest jednak „przerwą od nauki”. Wręcz przeciwnie – często uczy więcej niż kolejne ćwiczenie z podręcznika. Rozwija kreatywność, uczy samodzielnego podejmowania decyzji, zachęca do improwizacji i sprawia, że dziecko czuje większy wpływ na to, co dzieje się podczas lekcji.
I co najważniejsze – muzyka angażuje obie półkule mózgu, a kiedy dołożymy do tego ruch, losowanie czy wymyślanie własnych rozwiązań, nauka staje się bardziej naturalna. Dzieci nawet nie zauważają, kiedy zaczynają ćwiczyć.
Moje trzy ulubione zabawy muzyczne
1. Gramy w grę
Ile oczek ma kostka do gry? A ile strun ma gitara? Prosta sprawa, jest zabawa. Najpierw losujemy strunę, na której będziemy grać. Następnie rzucamy kostką, a liczba oczek staje się cyfrą zapisywaną na tabulaturze. Uczeń tworzy swoją melodię, ja swoją.
W tej grze obowiązują tylko dwie zasady. Gdy wypada 1, dopisujemy 0, bo przecież zera na kostce nie wyrzucimy. A kiedy wypada 6, dopisujemy również 7, tak żeby powstało słynne six seven na strunach. Wygrywa ten, kto jako pierwszy zapisze cztery takty własnej melodii. Na koniec zostaje już tylko najważniejsze zadanie – wymyślenie oryginalnego tytułu swojej kompozycji.
2. Kod muzyczny
Każdemu dziecku zdarza się powiedzieć „nie umiem”, „nie chce mi się” albo „nie wiem”. Zamiast walczyć z tymi hasłami, postanowiłam je… wykorzystać. Na moich lekcjach każde z takich zdań dostaje swój własny kod zapisany na tabulaturze. Dziecko samo go wymyśla i zapamiętuje.
Od tego momentu niektóre komunikaty przekazujemy już nie słowami, ale prostą tabulaturą. Po kilku lekcjach okazuje się, że uczniowie sami proponują kolejne „zakodowane” zwroty i świetnie się przy tym bawią. A przy okazji ćwiczą pamięć, koncentrację, orientację na gryfie i czytanie tabulatury.
3. Emocje z e-molem
Nie każdy dzień jest dobry. Dzieci, tak samo jak dorośli, czasem przychodzą na zajęcia zmęczone, złe albo najzwyczajniej w świecie smutne. W takich chwilach odkładamy wszystkie zadania i zaplanowane ćwiczenia. Pozwalam wtedy dzieciom się odprężyć, zamknąć oczy, a nawet się położyć. Łapiemy e-mol – najprostszy akord na świecie – i gramy tylko jego.
Nie liczy się rytm ani tempo. Każde uderzenie ma być takie, jak aktualny nastrój. Na początku dzieci niemal uderzają w struny. Po chwili gra staje się spokojniejsza. Czasem kończy się śmiechem, a czasem zwykłym westchnieniem. I mam wrażenie, że właśnie wtedy muzyka robi to, do czego została stworzona.
W rytmie dziecięcej ciekawości
Dzieci potrafią zaskoczyć bardziej niż niejeden podręcznik. Czasami jedno spontaniczne pytanie albo pozornie zwykła zabawa przeradza się w ćwiczenie, do którego wracamy przez kolejne miesiące.
Dlatego dziś nie boję się eksperymentować. Jeśli widzę, że jakiś pomysł angażuje dziecko bardziej niż kolejne zadanie z kartki, pozwalam mu wybrzmieć. Muzyka daje ogromną przestrzeń do tworzenia własnych zasad i właśnie dlatego każda lekcja może wyglądać trochę inaczej.
Być może za kilka miesięcy moja lista ulubionych zabaw będzie już zupełnie inna. I bardzo dobrze. To będzie znak, że dzieci znowu nauczyły mnie czegoś nowego.


